Kiedy polityka wchodzi z brudnymi butami do domu

14/12/2013 | #głosowanie #rodzina

W ostatnią sobotę Jarosław Gowin, do niedawna zdroworozsądkowy poseł PO, przedstawił program swojego nowego ugrupowania. Największą uwagę, nie tylko moją, przykuł pomysł głosowania rodzinnego. Miałby on polegać na tym, że rodzice dysponowaliby nie tylko swoimi głosami, ale i głosami swoich pociech.

Intencje autora są chyba zrozumiałe. Rozwiązanie takie miałoby wzmocnić polityczną rolę i pozycję rodziny – podstawowej komórki społecznej. Mogłoby także wzmocnić ewentualną pozycję ugrupowania, które odwołuje się do rodziny i którego działacze posiadają liczne potomstwo tj. Nowej partii Jarosława Gowina. Nie można przy tym w sposób prosty odmówić pewnej słuszności temu postulatowi.

Jednak nie chciałem tu pisać o zaletach takiego rozwiązania, ani o jego wadach konstytucyjnych, sygnalizowanych w komentarzach przez różnych ekspertów. Autorzy takiego pomysłu z pewnością mają ich świadomość i najprawdopodobniej wychodzą z założenia, że konstytucję można zmienić. Świadczyć o tym może także inna pozycja w programie, a mianowicie chęć wprowadzenie okręgów jednomandatowych.

Nie spotkałem się jeszcze z koronnym argumentem, uniemożliwiającym wprowadzenie takiego głosowania. Pomijam już fakt, że nawet politycznie świadome dzieci mogą mieć inne spojrzenie na rzeczywistość niż ich rodzice. Najważniejsze jest to, że pomysł ten błędnie i wbrew logice zakłada, że pary posiadają takie same przekonania polityczne. Nie trudno sobie, zatem wyobrazić podziały małżeńskie wynikające z chęci zagłosowania przez jednego z małżonków w imieniu dzieci za swoim kandydatem, a przeciwko kandydatowi drugiego.

A kto byłby w takiej sytuacji powiernikiem głosów potomstwa? Kto byłby górą w ewentualnym sporze? Co by było, gdyby małżeństwo się przez taki konflikt rozeszło? Pytań jest tak wiele, że nawet nie silę się na wypisanie wszystkich. Pomysł ten musiałby być obudowany szeregiem tak szczegółowych i absurdalnych przepisów, że z pewnością w kodeksie rodzinnym i opiekuńczym przybyłby dodatkowy rozdział. Nie uważam także za słuszne, aby tatusiowie lub mamusie małych Madzi mieli silniejszą pozycję w głosowaniu niż inni, bezdzietni Polacy.

Podsumowując, głosowanie rodzinne jest pomysłem z piekła rodem i opartym o błędne założenia. Podobne rozwiązanie to wyborcze science fiction, przedstawione na konwencji ugrupowania, którego liderzy nie widzą różnic między swoimi tradycyjnymi rodzinami, a istniejącą w Polsce rzeczywistością. Może więc odbierać ten postulat jako nonsensowny slogan marketingowy, rzucony w opinię publiczną przez partię ludzi, którzy chcą uchodzić za sensownych i zdroworozsądkowych?